czwartek, 25 lipca 2013

Morderca - część pierwsza

Ciemna sylwetka, jak cień przemknęła ścieżką. Zakazany Las wyglądał bardziej ponuro niż zwykle, kilka nietoperzy zapiszczało pośród sylwetek drzew, gdzieś cicho zahukała sowa. Upiorny widok. Powietrze było mroźne tej nocy, mgła unosiła się wokół ogromnego zamku, w którego oknach wesoło błyskały światła. Dumny centaur tupnął niespokojnie kopytem, a wokół jego nozdrzy unosiła się widoczna mgiełka. Oddychał szybko i niespokojnie, jakby spodziewał się czegoś złego, jakby coś mówiło mu, że powinien odejść. On jednak obiecał Dumbeldore’owi pilnować terenu wokół zamku. Nie pasowało to do charakteru centaurów, ale czasy się zmieniły. Mroczne czasy. Dlatego centaury postanowiły, choć w małym stopniu pomóc i dyskretnie, stojąc małymi grupkami na skraju lasu, wpatrywały się w ciemność.
Pół człowiek-pół koń podniósł głowę do góry i spojrzał w niebo, na złowróżbne gwiazdy. Nie zdążył prawidłowo odczytać wróżby. Cień zbliżył się ku niemu, błysnęło czarne oko. Centaur chciał zawiadomić resztę. Uniosła się różdżka i wraz z błyskiem krzywych zębów rozciągniętych we wrednym uśmiechu promień trafił w biedne stworzenie, które zaczęło zwijać się z bólu, zanim jednak wydało pierwszy krzyk, cień posłał kolejne zaklęcie i w oczach centaura odbiła się pustka. Jego oczy oglądały teraz gwiazdy, nie widząc ich jednocześnie. Cień zaśmiał się cicho, kopnął ciało bezbronnego i odszedł szybko, przemykając pośród drzew.
Jedno, co udało się Czarnemu Panu, to osłabić Hogwart. Po ostatniej bitwie Dumbeldore nie był w stanie wrócić szkole dawnej ochrony, nadal nie można się była bezpośrednio się na jej teren aportować, ale zdecydowanie prosto można się było do niej zakraść.
Cień ostrożnie przeszedł obok centaurów, które prychały cicho i dobrze wyczuwały co się dzieje, choć nie chciały robić niczego pochopnie. Cień wszedł bez problemu na błonia. Była to Bellatrix Lestrange. Szła pewnym krokiem, choć nerwowo spoglądała na boki, twarz miała spokojną i była pewna siebie. Blask księżyca padł na jej twarz. Ostry podbródek uniosła dumnie i wyzywająco spoglądała w okna, gdzie prawdopodobnie znajdowała się wieża Gryfonów. Jej twarz była chuda, rysy miała niesamowicie ostre, kości policzkowe wydatne, usta duże i piękne. Tliła się w niej jakaś uroda, mimo zniszczonej cery, mimo szaleńczego błysku w ciemnych oczach, mimo krzywych zębów, pozostałych po wielu latach spędzonych w Azkabanie, mimo nerwowego drgania jej mięśni twarzy. Kiedyś była piękna i to było faktem. Teraz długie, pokręcane w loki włosy miała skołtunione, w nieładzie opadały jej na ramiona. W ręku ściskała gorączkowo różdżkę. Aż ją świerzbiło, żeby rzucić na kogoś zaklęcie, ale nie było nikogo w pobliżu.
Nagle usłyszała kroki. Schowała się za ścianę, a po chwili wychyliła głowę. Hermiona Granger wyjrzała spod materiału peleryny-niewidki. Oczy miała zaczerwienione od płaczu, włosy splątane, nieokiełznane zasłaniały jej częściowo twarz. Bellatrix uśmiechnęła się chytrze. „Mała, słodka szlama do torturowania…”, zamruczała z przyjemnością.
Obejrzała się za siebie i w bok, a kiedy stwierdziła, że nikogo nie ma, wyskoczyła  zza ściany, tak szybko, by zasłonić usta Hermiony ręką i zatrzasnąć ją w żelaznym uścisku, wychudzonych, choć silnych ramion.
-Nie krzycz, kotku.- wyszeptała jej do ucha.-Bo i ciebie zabiję i wszystkich, których kochasz. Ale najpierw się pobawimy.
Hermiona nie miała odwagi ani drgnąć. Zrobiła buntowniczą minę, ale pomyślała o nieobliczalności pani Lestrange i o swojej rodzinie. Skinęła powoli głową, na znak, że będzie posłuszna.
-Świetnie.
Bellatrix wyszeptała jakieś zaklęcie, co odebrało Hermionie głos. Nawet jeśli chciałaby krzyczeć, nie mogłaby. Po chwili poczuła jak siły ją opuszczają, jak wszystko się zamazuje, jakby nigdy nie istniało. Wiedziała już, co to znaczy. Imperius. Nie było sensu się opierać, nie wzięła ze sobą różdżki, więc i tak nie miałaby szans. Och, jaka była głupia!
Jak we mgle widziała jak Bellatrix poprowadziła ją lasem, a potem przed bramę Hogwartu. Chciała krzyknąć, chciała zrobić cokolwiek, ale nie mogła. Zniewolenie było gorsze od tortur, odebranie wolnej woli cięższe niż męczarnie.
Poczuła to dziwne uczucie, które zawsze towarzyszyło jej przy aportacji, a kiedy otworzyła oczy, jedyne słowa, jakie jej przyszły na myśl, to: przepych i Malfoy. Znajdowały się w Malfoy Manor. Wkroczyły do domu, a upiorny śmiech Bellatrix rozniósł się po dużym pomieszczeniu. Czarownica złapała Hermionę za rękę i poprowadziła do góry, schodami. Zdjęła z niej uprzednio rzucone zaklęcia i uśmiechnęła się niewinnie.
-Teraz już możesz swobodnie krzyczeć, nikt cię nie usłyszy.- szepnęła.
Hermiona cofnęła się, byle dalej od niej. Bellatrix z lubością pogładziła różdżkę, którą ściskała kurczowo w dłoni i rzuciła się na nią, przygniatając ją swoim ciężarem. Upadając, Hermiona uderzyła tyłem głowy w zimną posadzkę. Syknęła z bólu, ale Bellatrix uśmiechnęła się tylko paskudnie. Cieszył ją każdy syk bólu, każdy jęk i każdy krzyk. Wieloletnie służenie Czarnemu Panu właśnie tak działało. Poza tym, kochana Bella zawsze miała skłonności do bezpodstawnego okrucieństwa.
Ciemnowłosa przesunęła różdżką po policzku Hermiony. Wyszeptała jakieś zaklęcie. Gryfonka poczuła przejmujący ból, policzek palił ją niemiłosiernie i równie dobrze mogła umrzeć. Uparcie zaciskała usta, nie chciała dać satysfakcji swojemu oprawcy.
-Czemu nie krzyczysz?- Bella zrobiła minę jak rozkapryszone dziecko. Zbliżyła się, a Hermiona poczuła jej oddech na swoim policzku.-Krzycz. Krzycz.
Gryfonka pokręciła głową ze złością, czując coraz większy ból na policzku.
-Nie?- ponownie pokręciła głową.-Nie chcesz się ze mną pobawić, mała szlamo?! Jak to?! Jak ty to sobie wyobrażasz? Masz się bawić, masz krzyczeć, rozumiesz?!
Znowu to przeczące pokręcenie głową.
-Kotku, jakaś ty naiwna…- wymruczała Bellatrix.-A mówią, że jesteś mózgiem w tej całej Złotej Trójcy.
Uniosła różdżkę i wypowiedziała zimnym głosem zaklęcie. Hermiona starała się myśleć o czymś, żeby odwrócić uwagę od tego przejmującego bólu, jaki nią zawładnął. Tak mocno zaciskała usta, że pociekła z nich ciemna strużka krwi, z oczu mimowolnie ściekały łzy. Bellatrix wpatrywała się w to z lubością i śmiała się, a jej okropny śmiech komponował się z krzykiem, który w końcu przeszył powietrze. I krzyk ten wydawał się wolnością, upustem emocji, odejściem od bólu… Ale tylko chwilowym. Potem krzyk ten stał się tylko męczarnią. I na to czekała Bellatrix. Uniosła różdżkę po raz drugi… Ale za nim rzuciła kolejne zaklęcie obie usłyszały kroki.
Bellatrix podniosła się, ale Hermiona za bardzo była zajęta wciąż trwałym wspomnieniem bólu, by odczuć ulgę. Starała się podnieść głowę. Przekręciła się na bok i skuliła w sobie, ale widziała przybyłą postać.
Wysoki, w czarnych szatach, powiewających za nim jak skrzydła nietoperza, o niskim, głębokim i dlatego przerażającym głosie, o ciemnych cieniach pod przenikliwymi oczyma. Choć ból przeszywał jej ciało, starała się myśleć trzeźwo.
-Bella, coś ty zrobiła? Kogo przyprowadziłaś?- syknął profesor Snape.
-Ładna, prawda? Ale ci jej nie oddam, bo sama ją przyprowadziłam.- zadeklarowała jak małe dziecko, mówiące o lalce.
-Bella, to jest Granger!
-No, wiem.
-I uważasz, że to w porządku? Co by na to powiedział Czarny Pan?
-Czarny Pan kazał mi ją tu sprowadzić. Powiedział, że mogę się z nią pobawić.
Nagle mina Snape’a uległa zmianie. Złość ustąpiła miejsca spokojowi. Uniósł jedną brew i dotknął ramienia Bellatrix, co Hermiona uznała za obleśne. Przesunął smukłym palcem po jej policzku.
-Oddaj mi ją.- szepnął jedwabistym głosem, tuż przy jej uchu.
Do Hermiony dotarła ta informacja i jedna łza spłynęła po jej policzku.
-Nie oddam ci jej! To nie jest sprawiedliwe! To moja zabawka!- Bella prychnęła wściekle.
Snape z błyskiem w oku przyciągnął ją do siebie, a jego ręka delikatnie zsunęła się od jej obojczyka aż do dołu brzucha. Bella uśmiechnęła się wrednie i położyła swoją dłoń na jego dłoni.
-Starasz się mnie uwieść?
-Nie, ja chcę tylko, żebyś oddała mi Granger.- ostrożnie zagryzł płatek jej ucha.
Bellatrix wbiła paznokieć w jego policzek, strużka ciemnej krwi spłynęła po jego skórze. Bella zlizała ją, ale Snape nawet nie drgnął.
-No, niech ci będzie.- szepnęła i zagryzła jego dolną wargę.
Snape odsunął się od niej i wziął Hermionę na ręce. Jęknęła przeciągle, cała była obolała. Bellatrix zrobiła obrażoną minę, ale po chwili oboje usłyszeli jej krzyk:
-Rookwood, pobawisz się ze mną?!
Hermiona jak przez mgłę widziała mijających ich Śmierciożerców. Szli jakimś dziwnym korytarzem, a choć dom był ponury, wydawał się bogaty w przepych. Snape otworzył drzwi jakiegoś pokoju. Gryfonka nie zwracała uwagi na wystrój pokoju, profesor położył ją na łóżku, poczuła się odrobinę lepiej i to było najważniejsze. Rzucił kilka zaklęć i podszedł do niej. Jego zabawka…
-Proszę… nie…- szepnęła cicho.
Uniósł różdżkę i nagle przyszło ukojenie. W co on pogrywał? Chciał, żeby opuścił ją ból po zaklęciach Bellatrix, by sam mógł sprawić jej nowy? Skuliła się w sobie.
-Granger, ty kretynko, nic ci nie zrobię.- syknął.
Hermiona zdziwiła się.
-Rusz tą swoją podobno genialną głową, co?- zironizował.-Co ty robiłaś sama na zewnątrz zamku w środku nocy?
Właściwie po takim bólu, po tym wszystkim już było jej wszystko jedno.
-Ron mnie zdradził.- wyszeptała tak cicho, że niemal nie usłyszał.
-I co?
-Nawet nie wie pan jak to boli, gdy on… ughh…- schowała twarz w dłoniach. Głos jej drżał.
-Dobrze wiem.- warknął.-Musiałaś być taka naiwna? Lekkomyślna? Głupia?
-Przepraszam…
-Dostałaś nauczkę.- skrzywił się.
Załkała cicho. Dobrze wiedziała, że postąpiła głupio, ale widok jej pierwszej miłości, obściskującej się z byle pierwszą Gryfonką, wypominanie jej zimna, chłodu… To sprawiło, że traciła chęci do życia. Snape westchnął ciężko i przytulił ją delikatnie.
-Dotykał pan Bellatrix.- szepnęła w jego czarną szatę.
-Zamknij się, bo cierpliwość mnie opuści i rzucę cię na pożarcie Greybackowi. Jasne?
Skinęła głową. Spojrzała w jego twarz. Czarne, bystre oczy, głębokie i zimne jak studnie, interesujące… Równie ciemne włosy okalały jego pociągłą, chudą twarz. Miał wąskie, ale delikatnie zarysowane usta i wydatny, garbaty nos. Po policzku nadal ciekła mu krew. Dotknęła rany ostrożne. Jego twarz wykrzywił grymas bólu. Zbliżyła się do niego i złożyła słodki pocałunek na świeżej ranie, a było to tak bardzo niepodobne do tego, co zrobiła dzika Bellatrix, że wzdrygnął się mimowolnie.
-Dziękuję, że mnie pan stamtąd zabrał.
Odsunął ją od siebie brutalnie.
-Nie masz pewności, czy nie będę twoim mordercą, twoim katem.- powiedział ponuro. 

_____________________________________
Zwykle nie dzielę ficków na części, ale po prostu nie chciało mi się tego kończyć, a blog nie może stać taki pusty, prawda? :D Pierwsza notka. Najgorzej nie jest, ale nie jest też najlepiej.

~~Księżniczka Półkrwi 

1 komentarz:

  1. To co piszesz jest piękne. Czerń nocy, pustka w centaurze, moja kochana Bella, idealnie oddany Severus i ten skromy pocałunek na koniec. Wszystko to widziałam dzięki Tobie. Namalowałaś słowami piękny obraz, dziękuję ;*

    OdpowiedzUsuń